Uwielbiam tą sypką konsystencję parzonej kawy. Ten zapach i smak. Bawię się nimi wierząc w kofeinę. Rozpuszczalna w ostateczności, albo kiedy parzona kojarzy się z fusami i ciut większym kłopotem.
Po kawie można szybciej pisać bloga. Przez chwilę ufać w zwiększony refleks, oraz jaśniejszy refleks – na szlifach umysłu. W czasie kawy odczuwać można, przyrost wszystkich współczynników – oprócz współczynnika nawilżenia oczu. A przed kawą (chwilę po tej poprzedniej) z radością czekać na tą płynną czerń, ten szlif, ten blask.
Jest też ten kojący zapach – wygodny i zachęcający do… generalnie zachęcający.
Można czytać popijając, można grać i pisać – prawie spać można, a budzić się jest wspaniale.
Kawa jest ładna. Ma śliczne nasionka, a po zmieleniu zmienia się w puszyste, miękkie, kawowe próchno. Bez cukru i mleka – czarna i prosta.
Jest więc Blue Mountain z owocowym posmakiem, jest i Kopi luwak z kupy łaskuna.
Ta czerń spieniona, błyszcząca kryje wiele tajemnic.
————————————————————-
Jeżeli już mowa o kawie – dzisiaj zapraszam do podróży w świat jej przedawkowania.
Kokon (org. koczkon, op. kawowe pierwsze)

1 komentarz
RSS dla komentarzy tego wpisu
2 Kwiecień 2010 @ 10:02 pm
Druga kupa Łaskuna… «
[...] i odkryłem, że niezwykłą (jak na moje standardy) popularność blog osiągnął dzięki notce “Co kryje kupa łaskuna muzanga” i pojawiającym się w niej słowom – łaskuna, muzanga i kupa. Tych właśnie słów szukali [...]