Uwielbiam tą sypką konsystencję parzonej kawy. Ten zapach i smak. Bawię się nimi wierząc w kofeinę. Rozpuszczalna w ostateczności, albo kiedy parzona kojarzy się z fusami i ciut większym kłopotem.

Po kawie można szybciej pisać bloga. Przez chwilę ufać w zwiększony refleks, oraz jaśniejszy refleks – na szlifach umysłu. W czasie kawy odczuwać można, przyrost wszystkich współczynników – oprócz współczynnika nawilżenia oczu. A przed kawą (chwilę po tej poprzedniej) z radością czekać na tą płynną czerń, ten szlif,  ten blask.

Jest też ten kojący zapach – wygodny i zachęcający do… generalnie zachęcający.

Można czytać popijając, można grać i pisać – prawie spać można, a  budzić się jest wspaniale.

Kawa jest ładna. Ma śliczne nasionka, a  po zmieleniu zmienia się w puszyste, miękkie, kawowe próchno. Bez cukru i mleka – czarna i prosta.

Jest więc Blue Mountain z owocowym posmakiem, jest i Kopi luwak z kupy łaskuna.

Ta czerń spieniona, błyszcząca kryje wiele tajemnic.

————————————————————-

Jeżeli już mowa o kawie – dzisiaj zapraszam do podróży w świat jej przedawkowania.

Kokon (org. koczkon, op. kawowe pierwsze)