Już od jakiegoś czasu kontynuuję pisanie pod nowym adresem i w nowej odsłonie.

Zapraszam: Inspiromat, część druga

Kadr z filmu 'Pasja'

fot. Dariusz Szymura

Jeżeli czekałem na powód, który umożliwiłby mi powrót do pisania na blogu – to się doczekałem.  Co prawda, korci mnie aby napisać o czytanej właśnie książce, ale wrodzony, niecałkowity brak skromności, podpowiada mi – napisz o ‘Pasji’.

‘Pasja’ to film Dagmary Szymańskiej-Szymury, opowiadający o niezwykłym człowieku, mistyku – Józefie Żarnowieckim. Film ten, kilka dni temu zdobył prestiżowa nagrodę CINE Golden Eagle Award w Waszyngtonie. Uśmiecham się do Pana Józefa, którego zdjęcie zamieszczone na stronie CINE widnieje tuż nad fotografią Obamy.

Film ten pokazuje człowieka prawdziwego -  prawdziwie kochającego Boga, miłującego życie. Daje widzowi możliwość obcowania z człowiekiem prostym, pięknym i szczerym. Pan Józef zmarł w 2004 roku. Prace nad ‘Pasją’ zakończyły się cztery lata później.

Gratuluje Dagmarze (reżyseria, scenariusz), Dariuszowi (zdjęcia), Cezaremu (montaż) i wszystkim którzy pracowali nad ‘Pasją’. Niecałkowity brak skromności podpowiada również, abym pogratulował sobie:)

Maciek (muzyka)

————————————————————-

Zapraszam do wysłuchania utworu z ‘Pasji’.   [bnm2.mp3]

P.S. Jest jeszcze jeden film doceniony w USA, do którego skomponowałem muzykę, ale właśnie w tym momencie zapominam o nim napisać.

Udało się! Podstrona z muzyką znowu działa. WordPress rzucał mi kłody na klawiaturę, kopał dołki pod monitorem, kusił mą bezradność i siłą układał mi ręce w gest ostatecznej kapitulacji – nieskutecznie:) Zapraszam do słuchania.

CebulaObierając cebulę G. Grass zmaga się ze swoją przeszłością. Jakie to zabawne porównanie, wyciskające śmiech przez łzy. Jak błahe i zatrważające jest to grzebanie w młodości skażonej SS.

W równym stopniu wierzę i nie wierzę w tą dziwaczną spowiedź. Męczę się przedzierając przez mętne otchłanie wspomnień. Każdy był kiedyś głupi, każdy nie pytał “Dlaczego!?”, wtedy właśnie, kiedy powinien pytać. Nie każdy jednak uczestniczył w wojnie po stronie “tych złych” z wzbudzającymi grozę runami naszytymi na kołnierz.

Nic złego właściwie nie zrobił (Grass), właściwie dryfował w wirach historii. I tak bardzo chciałby powiedzieć to niestosowne i niekoniecznie adekwatne “przepraszam”, że właściwie zapominam poco miałby coś takiego mówić. Do kogo? Do mnie? A po co? Dlaczego?

Śmieje się czytając o kursie gotowania, który odbywał się w jenieckim obozie i zapominam, że przed chwilą trwożyłem się i dziwiłem, na widok rozerwanych ciał i byłem współświadom pozbawionych strachu wspomnień. Przecież kilka stron temu, zazdrościłem auto-bohaterowi opatrujących go w wojskowym lazarecie pielęgniarek, zapominając o Stutthof, leżącym tuż za granicami zainteresowania.

Ach jakże umiejętnie Grass mnie prowadzi – przez swoją barwną spowiedź. Jak manipuluje moim poczuciem winy. Te osobiste i brutalne wspomnienia, przetykane są uszkodzonymi (sześćdziesięcioletnim milczeniem) wspomnieniami. Jedne nie budzą sprzeciwu ani wątpliwości, inne wywołują podejrzliwość i powątpiewanie.

Dlaczego czytam tę dziwaczną spowiedź, autora który mógłby być dla siebie całym światem? Dlaczego nie odczuwam ulgi, nie porzucam winy?

Tak odczuwam ją po części jak własną, pozwalając wspominać Günterowi w mej głowie.

Odczuwam ciężar książki prawie fizycznie. Dźwigam go na ramionach, męczę się okrutnie, pocę. Chciałby się go pozbyć i powiedzieć dosyć – lecz, do cholery, nie mogę! Dostałem od Grassa część tego ciężaru i podobnie jak on mam problemy z pamięcią. Moje własne młodzieńcze wybryki, zaczynają kryć się między warstwami cebuli. Nie wtykam jednam zapałek w kąciki ust i nie odpoczywam kolorując świat bursztynem – tylko staram się nie mrugać i znoszę te łzy w nieznośnej świadomości winy.

Przyglądam się z bliska, z niesmakiem – obieraniu cebuli.

————————————————————-

Zapraszam do wysłuchania kulejącego dziwadła.   [dziwnosc5.mp3]

HansonsChociaż mija już prawie drugi miesiąc odkąd wyprowadziłem się ze starego mieszkania, wciąż jestem w czasie przeprowadzki. Oprócz niedającego się opanować bałaganu, przenoszenie rzeczy ma także i plusy (m.in.: udało mi się odnaleźć książki o kryminologii, które obiecałem pożyczyć kilka miesięcy temu).

Układając książki na wciąż za-krótkich półkach trafiłem na “Zaklęte rewiry” Henryka Worcella. Od trafienia do przeczytania minęło zaledwie kilka mrugnięć zmęczonych powiek. Niesamowite tempo tej książki, przypomniało mi czasy chwilowej ‘emigracji’ i pracy w zacnej, angielskiej restauracji – na stanowisku kelnera.

Zaczynałem z odrobiną angielskiego wyniesionego ze szkoły – nie do końca rozumiejąc co się do mnie mówi. Uśmiechałem się głupkowato, domyślając się o co może klientowi chodzić i zajmowałem się uczciwie rokowaniem dobrze na przyszłość. – Najważniejsze, że się uśmiecha – powiedziała patrząc na mnie z podejrzliwym uśmiechem, jedna ze stałych klientek. Nie zabrało mi wiele czasu opanowanie angielskiego słownika restauracyjnego i nagle zacząłem rozumieć co się do mnie mówi, co się mówi wokół mnie, a nawet to, czego się przy mnie nie mówi. Poznałem znaczenie słowa busy oraz przyzwyczaiłem stałych klientów do wypowiadanych przeze mnie z dziwacznym akcentem sir oraz madame. Nie byłem jedynym Polakiem w restauracji – 80% personelu stanowili przybysze z kraju, w którym po ulicach spacerują białe niedźwiedzie. (Jedna z klientek, zaciekawiona moją łamaną angielszczyzną, słysząc odpowiedź na pytanie skąd jestem, odpowiedziała zakłopotana (aby podtrzymać standardowy small talk, towarzyszący odbieraniu zamówienia)  – Mieliśmy kiedyś z mężem, przyjaciół w Belgii.)

W  sobotnie popołudnia, kiedy restauracja wypełniona była po brzegi klientami spragnionymi Devon Cream Tea, zdarzała się czasami Worcellowska tabaka. Restauracja żyła własnym życiem, pulsując w szalonym rytmie bezwładnej gonitwy, na co wpływ miałem nijaki. Pamiętam spojrzenia głodne, zniecierpliwione, zdenerwowane, zdziwione – ale także współczujące i zdradzające zrozumienie dla ciężkiej pracy kelnera. W czasie największego ruchu, należało poddać się swobodnie zwariowanemu biegowi ‘wygłodniałych zdarzeń’ i przeczekać do wieczora.

Właściwie każdy dzień, który spędziłem w restauracji, wiąże się z jakąś zabawną historią, niezwykłym klientem, nieoczekiwanym zdarzeniem (np. pewnego wieczora szukaliśmy wraz z nowym właścicielem restauracji, “być może” ukrytego pod kilkusetletnią podłogą – skarbu).

Z czasem uświadomiłem sobie, że zostawiłem za sobą (w starej angielskiej restauracji) nikły, zwiewny ślad – uśmiechającego się ducha – krzątającego się pomiędzy stolikami kelnera z Polski, na którego wołali Matt.

Co pewne, przetrwałem jako kelner na kilkudziesięciu zdjęciach, które pstrykali z zapałem odwiedzający restauracje Japończycy. Ustawiali mnie do fotografii, jako archetyp angielskiego kelnera,  serwującego miejscowy przysmak, turystyczny must have – “Devon Cream Tea!

Zdjęcie w dzisiejszym poście pochodzi ze strony: http://www.exetermemories.co.uk/em/_places/cathedral_close.php

————————————————————-

Zapraszam do wysłuchania kolejnego kawałka, pozbawionego jakiegokolwiek związku z czymkolwiek. Wygrzebałem go na komputerze w pracy.   [moodern.mp3]

Tutaj powinno być zdjęcie łaskuna muzanga robiącego kupęMinęło mnóstwo czasu od publikacji ostatniej notki. Zdawałoby się, że straciłem zainteresowanie swoim własnym blogiem – i zdawałoby się trafnie. Trochę się dziwię, że blog nie ginie w odmętach sieci i że ktoś wciąż tutaj zagląda. Na wykresach statystyk widać regularne bicie internetowego serca.

Największą oglądalnością Inspiromat cieszył się 26 listopada 2009 roku, kiedy to odwiedziły go 142 osoby. Sam byłem zdumiony nagłym, blisko stuosobowym wzrostem oglądalności. Zaciekawiony zacząłem dokładniej przyglądać się statystykom i odkryłem, że niezwykłą (jak na moje standardy) popularność blog osiągnął dzięki notce “Co kryje kupa łaskuna muzanga” i pojawiającym się w niej słowom – łaskuna, muzanga i kupa. Tych właśnie słów szukali 26 listopada internauci. Co ciekawe szukali ich przez kilka kolejnych dni, co widać na wykresach odwiedzin i spisach fraz z wyszukiwarek – zwracających mojego bloga.

Zabawny fakt, że Inspiromat stał się poczytny dzięki łaskunowi robiącemu kupę, skłania do myślenia. W poszanowaniu zainteresowania dzisiejsza notka będzie mieć tytuł “Druga kupa Łaskuna.”

Zdarzyło mi się kilkakrotnie użyć słów (nazw, tytułów i nazwisk), które (wydawało mi się) powinny przyciągnąć czytelnika. Pojawił się Dickens, pojawił się ze złośliwą premedytacją Coelho, jednak odzew był naprawdę znikomy.

Popularność bloga nie jest dla mnie najistotniejsza, choć miło oglądać wysokie statystyki odwiedzin. Miło jednak do momentu, w którym okazuje się, że zainteresowanie to wywołuje nie film, muzyka czy książka, tylko łaszowaty ssak robiący z drzewa kupę pełną nadtrawionych ziaren kawowca.

————————————————————-

Tak, wiem że nie słychać muzyki na blogu. Wiąże się to z przeprowadzką Inspiromata na inny serwer. Na pewno jeszcze chwilę to potrwa zanim zabiorę się za przepisywanie linków. Dzisiaj Radioedit2 - kawałeczek, który nie ma z nic wspólnego… [radioedit2.mp3]

Co seans, pytam Go – ‘Ale po co?’ Co seans zachodzę w głowę. Atakuję krótkim sztychem – ‘Po co?’, w nadziei na trafienie, odpowiedź, zbicie. Po co On kręcił ten film? Czy miał niewidzialny moim oczom plan? Czy chciał coś(koliwek) przekazać widzom? A może pragnął zdradzić mi tajemnicę?

Być może ugniata w kadry nieokiełznaną wizję, rozpełzającą się po dziewiczych łąkach wyobraźni? Być może nadaje wybujałych kształtów, czemuś konkretnemu jak pytanie – kim jestem?

Ostatnio strawiłem ‘Dom Zły’, a nie był to film lekkostrawny. Dom… wlał we mnie litry wódki, jednak nie obdarzając kacem. Wódka była efektem specjalnym, kaskaderem. Kontempluję ostatnie ujęcie i już to cholerne pytanie zaczyna krążyć w mojej głowie – Ale po co?  Ale po co?

Ale po co Ten Pan nakręcił ten film? Ale po co reżyseruje aktorom wypijać litry wódki, tłuc się siekierami po głowach, podrzynać sobie gardła, tarzać się w błocie? Co Ten Pan chce mi powiedzieć? Czego nie widzę? Czego nie słyszę?  Czego nie rozumiem? I dlaczego (do diaska) to nieznośne pytanie kołacze się w mojej głowie niczym grzech?

Są filmy, na które patrzę, (ostatnio np. Rewers). Są ładne, niedoskonałe (wyobraźnia karmi mnie wtedy wizjami lepszych wersji). Są filmy, których słucham, (Poranki Świata, Amadeusz) dla których dodatkiem są zdjęcia, fabuły, postacie. Są filmy, dla których wstrzymuje oddech (Szeregowiec Ryan, Helikopter w ogniu) i zaspokajam chłopięcą potrzebę latania z pistoletem, choćby z kartki papieru, wygiętego patyka albo kawałka celuloidu. W ich przypadku ‘A po co?’ jest takie malutkie, prawie nie ma znaczenia.

I złoszczę się oczywiście, że ktosie robią filmy obojętne na To Cholerne Pytanie. Nie odpowiadają właściwie na żadne i istnieją same dla siebie. Historia dla historii, zdjęcia dla zdjęć, muzyka dla muzyki, postacie dla postaci. Możemy oczywiście zakochiwać się w tych skrawkach, twarzach, taktach, kadrach – możemy je fanić, ale po co? To Cholerne Pytanie nieustannie kołacze się w mojej głowie – Ale po co?

————————————————————-

Każdy kiedyś chciał zostać HipHopowcem:) Wiedziałem, że bez Kumania się nie obejdzie. Pozdrowienia dla MC J. [kumanie.mp3]

Kilka dni temu (po obejrzeniu Wybrzeża Moskitów), kiedy przymknąłem oczy przed snem, poczułem jadowity zapach dżungli wślizgujący się przez  falujące zasłony. Zapach ten powoli napełniał pokój nasyconą, wilgotną zielenią. Podłogę pokryła tysiącletnia ściółka, wydzielająca zapach butwiejącej kory. Zapach przestał być statyczny wraz z pierwszymi kroplami porannego deszczu, skapującymi z koron najwyższych drzew. Przestrzeń wypełniła się nierytmicznym pukaniem. Odgłosem przypominającym stukanie ołówkiem w tekturowe pudło. Z foliowych szklarni wygrzebał się przeciągając zapach dojrzałych pomidorów. Nie było wiatru. Był niezmącony spokój poranka, wśród nawisłych lian, spętany rozpieszczającymi omamami minionego snu.

Wyobrażam sobie wspomnienie. Zapach zatłoczonego autobusu, kolor spalin. Pamiętam dokładnie dźwięk włączanego telewizora z nieznośnym piskiem wdzierającym się w uszy. Pamiętam smak kamienistej wody, z obwisłego kranu. Pamiętam pragnienie posiadania rzeczy – tak małych jak i wielkich. Szelest pomiętej stówki. Pachnące płynnym masłem kinowe sale. Wspominam kolor rozmrażanej piersi z kurczaka. Krągłości wpatrujących się we mnie lodowych, pistacjowych gałek.

Allie Fox zbudował w środku dżungli gigantyczną maszynę do robienia lodu. I hamak w którym można się bujać, bujając chłodne powietrze. I szklarniowe pomidory zbudował. Allie Fox przywiózł z domu do dżungli wielkie butle amoniaku. Poczułem do gościa dziką, krwistą niechęć. Allie Fox zniszczył mój sen.

P.S. Podobno była w tym filmie muzyka.

————————————————————-

Powyższa bezczelność zmusza mnie dziś do milczenia. [milczenie.mp3]

Wichrowe wzgórza porzuciłem w połowie drogi na szczyt. Przedarłem się do momentu, w którym odmówiła mi towarzystwa moja własna wyobraźnia.
Mieszkańcy Wichrowych Wzgórz utworzyli przede mną szpaler – stojąc na lekko rozstawionych nogach, odwracali w mą stronę twarze wykrzywione grymasami niechęci, złości, wrogości.
Czekali na moment słabości, sypiące się okruchy zwiastujące pęknięcie serca. Wpatrywali się w taksujące ich oczy, w oczekiwaniu łez. Obserwowali usta – czy nie drżą, lub czy ich kąciki nie unoszą się w wyrazie drwiny. Pastwili się równocześnie nad sobą, batożąc swe wysuszone niczym śliwki serca. Okładali się obelgami, znęcali nad sobą fizycznie i stosowali najwymyślniejsze psychiczne tortury. A wszystko to – by wzruszyć we mnie wahadło duszy.
Wyrachowana, zimna, spokojna zemsta. Wyrachowany, zimny, spokojny, przemierzający wzgórza wiatr. Kolejna rzecz do której można się przyzwyczaić, uznać za normalną.

Jestem przekonany że WW stanowią całość, mały świat w omszałej pleśnią butelce. A mi brakuje czegoś, co pozwoliłoby przedostać się do jego wnętrza i spojrzeć nań z chełstem wrzosowego powietrza w płucach. Aby nabrać odwagi do wniesienia swych mocy – niczym pięści nad głowę i łupnięcia nimi w wygłodniałe, chciwe zemsty, blade gęby zjaw.

Porzucam jednak wzgórza w połowie drogi na szczyt.

P.S. Jak pewnie zauważyliście zmieniłem wygląd bloga. Mam nadzieję że się podoba. W sprawie jego wyglądu przyjmuję petycje pomiędzy 2 i 3 w nocy.

————————————————————-

Przeszukując archiwa trafiłem na kawałek nazwany Zła Potrawa. Myślę że będzie jak znalazł. [zla_potrawa.mp3]

Dzisiaj nie będzie tekstu. Tylko kawałek muzyki. 1.11 i zdjęcie.

1.11

————————————————————-

Właśnie skończyłem. Jak zwykle krótko i szybko. Listopadowa chwila. [1_11.mp3]

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.